Pohl Frederic - Gateway Brama Do Gwiazd - Rozdzia� 31

Rozdzia� 31



    Po chwili, nie wiem nawet jak d�ugo, podnosz� g�ow� i m�wi�: - Przepraszam ci�, Sigfrid.
    - Za co?
    - Za to, �e si� porycza�em. - Jestem fizycznie wyko�czony. Zupe�nie, jakbym przebieg� dziesi�� mil mi�dzy dwoma rz�dami dzikich Indian ok�adaj�cych mnie kijami.
    - Czy nie czujesz si� teraz troch� lepiej?
    - Lepiej? - przez moment zastanawiam si� nad tym g�upim pytaniem, po chwili jednak rozwa�am je ponownie i co dziwne, rzeczywi�cie jest mi lepiej. - Taak. Tak mi si� przynajmniej wydaje. Mo�e nie "dobrze", ale jest mi troch� lepiej.
    - Postaraj si� przez chwil� o tym nie my�le�.
    Uderza mnie g�upota tej uwagi, wi�c m�wi� mu to. Jest teraz we mnie tyle energii, co w ma�ej rachitycznej meduzie, kt�ra zdech�a tydzie� temu. Nie pozostaje mi wi�c nic innego, jak si� nie przejmowa�.
    Ale rzeczywi�cie czuj� si� lepiej. - Mam wra�enie, jakbym wreszcie dopu�ci� do siebie poczucie winy.
    - I jako� to prze�y�e�. Zastanawiam si�. - S�dz�, �e tak.
    - Rozwa�my problem winy. Bob. Winy - ale z jakiego powodu?
    - Poniewa� wystrzeli�em w czarn� dziur� dziewi�cioro ludzi, by uratowa� w�asny ty�ek!
    - Czy kto� ci� kiedy� o to oskar�a�? Oczywi�cie, z wyj�tkiem siebie samego.



WYCI�G Z KONTA - ROBINETTE BROADHEAD



    1. Niniejszym potwierdza si�, �e zastosowane przez Pana ustawienie kursu na Gateway Dwa pozwala na regularne loty na tej trasie w czasie o sto dni kr�tszym ni� dotychczas.
    2. Decyzj� Rady zostaj� Panu przyznane zyski procentowe od tego odkrycia wynosz�ce 1% wszystkich dochod�w, jakie przyniesie wykorzystanie powy�szego ustawienia. Otrzymuje Pan zaliczk� w wysoko�ci 10 000 dol. na procent ww. zysk�w.
    3. Decyzj� Rady potr�ca si� Panu po�ow� wymienionej sumy jako grzywn� za zniszczenie u�ywanego statku.
    Na Pa�skie konto zostaje wi�c wp�acona nast�puj�ca suma:
    zaliczka (Nr Rozp. A-135-7) ......................... $ 10000

    minus potr�cenie (Nr Rozp. A-135-8) ................. $ 5000
    Aktualny stan konta: .................................$ 6192






    - Oskar�a�? - wycieram nos zastanawiaj�c si�. - Prawd� powiedziawszy, to nie. A dlaczego mieliby? Na Gateway wr�ci�em w aureoli bohatera. - My�l� o Shickym, kt�ry otacza� mnie i�cie matczyn� opiek�, o Francym Hereirze, kt�ry pozwoli� mi si� wyp�aka� w swoich ramionach, mimo �e zabi�em jego kuzynk�. - Nie byli jednak wtedy przy mnie. Nie widzieli, jak wysadza�em zbiorniki, by uwolni� m�j statek.
    - Czy to ty je wysadzi�e�?
    - Do diab�a, Sigfrid - przerywam. - Sam nie wiem. Ale mia�em taki zamiar. Wyci�ga�em r�k� do guzika.
    - Czy wydaje ci si� mo�liwe, aby guzik w statku, kt�ry mia� by� pozostawiony, m�g� odpali� po��czone zbiorniki?
    - Dlaczego nie? Sam ju� nie wiem. W ka�dym b�d� razie - m�wi� -rozwa�y�em ju� wszystkie mo�liwe usprawiedliwienia. Niewykluczone, �e to Klara lub Danny nacisn�li guzik przede mn�. Ale ja te� mia�em zamiar to zrobi�!
    - A wtedy, kt�ry statek uwolni�by si�, twoim zdaniem?
    - Ich! M�j! - poprawiam si�. - Nie, nie wiem.
    - W rzeczywisto�ci - m�wi powa�nie Sigfrid - by�a to jedyna rzecz, jak� mog�e� zrobi�. Zdawa�e� sobie spraw� doskonale, �e wszyscy nie prze�yjecie. Nie by�o na to czasu. Mogli�cie zgin�� wszyscy, albo tylko niekt�rzy. Innego wyboru nie by�o. Ty zdecydowa�e� si� na to, �eby kto� prze�y�.
    - Bzdura! Jestem morderc�.
    Chwila przerwy, podczas kt�rej obwody Sigfrida analizuj� sytuacj�. - Wydaje mi si� - m�wi ostro�nie - �e przeczysz sam sobie. Czy nie powiedzia�e� przedtem, �e ona wci�� �yje w tej bezczasowo�ci?
    - Tkwi� tam wszyscy! Czas si� dla nich zatrzyma�!
    - W jaki wi�c spos�b mog�e� kogo� zamordowa�?
    - Co?
    - W jaki wi�c spos�b mog�e� kogo� zamordowa�? - powtarza.
    - Nie wiem - stwierdzam. - Szczerze powiedziawszy, nie chc� ju� dzisiaj o tym wi�cej m�wi� i my�le�.
    - I nie musisz. Zastanawiam si�, czy zdajesz sobie spraw�, ile osi�gn�li�my przez te ostatnie dwie i p� godziny. Jestem z ciebie dumny.
    I mo�e to si� wyda dziwne i niezrozumia�e, ale wierz�, �e rzeczywi�cie jest ze mnie dumny ca�� sw� pl�tanin� mikroprocesor�w, obwod�w Heech�w i hologram�w, i bardzo mi z tym dobrze.
    - Mo�esz wyj��, kiedy tylko zechcesz - m�wi wstaj�c. Kieruje si� w stron� fotela klubowego i nawet u�miecha do mnie jak cz�owiek! - Chcia�bym ci jednak co� zademonstrowa�.
    M�j system obronny zmala� do zera. - Co takiego? - m�wi� tylko.
    - Chodzi mi o pewn� mo�liwo��, o kt�rej ci wspomina�em, ale z kt�rej nigdy nie korzystali�my podczas naszych spotka�. Chcia�bym pokaza� ci mojego pacjenta sprzed lat.
    - Pacjenta?
    - Sp�jrz w tamten r�g. Bob - m�wi �agodnie. Patrz� wi�c... ... i jest tam ona.
    - Klara! - Zobaczywszy j� od razu zorientowa�em si�, �e Sigfrid musia� dosta� ten zapis od maszyny, z kt�r� Klara konsultowa�a si� na Gateway. Widz�, jak m�wi o czym� z przej�ciem swobodnie zawieszona, jedn� r�k� opieraj�c si� o p�k� z kartotekami, ze stopami lu�no unosz�cymi si� w powietrzu. Jak jej g�ste czarne brwi marszcz� si� i rozja�niaj�, jak usta wykrzywia grymas, to zn�w szeroki u�miech, by po chwili ta sama twarz sta�a si� �agodnie i obiecuj�co wr�cz odpr�ona.
    - Je�li chcesz, mo�esz pos�ucha�, co ona m�wi.
    - Czy ja rzeczywi�cie tego pragn�?


WYCI�G Z KONTA - ROBINETTE BROADHEAD



    Na pa�skie konto wp�yn�y nast�puj�ce sumy:

    Ustalona premia dla lot�w 88-90A i 88-90B 

    (ca�o�� sumy) ................................ $ 10 000 000

    Premia naukowa przyznana przez Rad� ...........$ 8 500 000
    Razem ........................................ $ 18 500 000
    Aktualny stan konta: ......................... $ 18 506 036






    - Niekoniecznie. Niczego jednak nie musisz si� obawia�. Ona ciebie kocha�a. Bob, najlepiej jak tylko potrafi�a. Tak jak i ty j� kocha�e�.
    Przygl�dam si� hologramowi przez d�u�sz� chwil�. - Wy��cz to - m�wi� wreszcie.
    W pokoju rekreacyjnym prawie zasn��em. Nigdy nie czu�em si� tak odpr�ony.
    Obmywam twarz, zapalam nast�pnego papierosa i wchodz� na rozproszone jasne �wiat�o dzienne pod Kloszem, a wszystko dooko�a wydaje mi si� przyjazne i mi�e. My�l� o Klarze z mi�o�ci� i czu�o�ci� i w my�lach �egnam si� z ni�. Ale zaraz przychodzi mi do g�owy S. Laworowna, z kt�r� um�wi�em si� na dzi� wiecz�r - je�li oczywi�cie nie jestem ju� sp�niony. Na pewno jednak poczeka, to dobra dziewczyna, prawie tak dobra jak Klara.
    Klara.
    Zatrzymuj� si� po�rodku promenady tak nagle, �e wpada na mnie kilku przechodni�w. Jaka� staruszka w bardzo kr�tkich szortach podchodzi do mnie niepewnym krokiem. - Czy co� si� sta�o? - pyta.
    Patrz� na ni� nie odpowiadaj�c; nast�pnie odwracam si� i id� w stron� gabinetu Sigfrida.
    Nie ma tam nikogo, nawet hologramu. - Sigfrid! Gdzie jeste�, do cholery! - krzycz�.
    Nikt si� nie pojawia ani nie odpowiada. Po raz pierwszy jestem w tym pokoju, jeszcze nie przygotowanym na przyj�cie pacjenta. Teraz widz�, w jakim stopniu jest prawdziwy (w niewielkim zreszt�), a na ile sk�adaj� si� na� hologramy. �ciany wy�o�one sproszkowanym metalem, stojaki z projektorami. Mata (prawdziwa), barek z alkoholem (prawdziwy), kilka innych prawdziwych mebli, z kt�rych m�g�bym korzysta�. Sigfrida natomiast ani �ladu. Ani te� krzes�a, na kt�rym zwykle siedzi.
    - Sigfridl
    Kiedy tak wo�am, serce podchodzi mi do gard�a i kr�ci mi si� w g�owie. - Sigfrid! - wrzeszcz� i w ko�cu pojawia si� b�ysk, mgie�ka i wreszcie on - w stroju Zygmunta Freuda spogl�daj�cy na mnie uprzejmie.
    - S�ucham ci�. Bob?
    - Sigfrid, zamordowa�em j�! Nie ma jej!
    - Widz�, �e jeste� zdenerwowany - m�wi. - Czy mo�esz mi powiedzie�, co si� sta�o?
    - Zdenerwowany? To za ma�o. Pos�uchaj, Sigfrid: jestem osob�, kt�ra zabi�a dziewi�� innych, by uratowa� swe �ycie! By� mo�e niezupe�nie "naprawd�"! By� mo�e i "nie celowo"! Ale w ich oczach, tak jak i moich w�asnych, to ja ich zabi�em.
    - Pos�uchaj, Bob - stwierdza tonem rozs�dku. - Przeszli�my ju� przez to. Ona nadal �yje, tak jak pozostali. Dla nich czas si� zatrzyma�.
    - Wiem o tym! - wyj�. - Czy ty tego nie rozumiesz? Na tym to w�a�nie polega. Ja nie tylko j� zabi�em - ja j� zabijam ca�y czas!
    - Czy uwa�asz, �e to prawda? - pyta cierpliwie.
    - To ona tak my�li! I b�dzie tak my�la�a, jak d�ugo b�d� �y�. To nie zdarzy�o si� dla niej przed laty. By�o to kilka minut temu i b�dzie si� ci�gn�� przez ca�e moje �ycie. Jestem tutaj, starzej� si�, pr�buj� o tym zapomnie�, a tam w g�rze, w obiekcie YY Strzelca tkwi ona - niczym mucha uwi�ziona w bursztynie!
    Opadam na pust� plastikow� mat� szlochaj�c. Sigfrid powoli przywraca w�a�ciwy wygl�d gabinetowi rozmieszczaj�c tu i tam dekoracje. Nad g�ow� wisz� pinaty, a na �cianie holobraz jeziora Garda w Sirmione, z �agl�wkami, �lizgaczami i za�ywaj�cymi k�pieli pla�owiczami.
    - Nie t�am� w sobie tego b�lu - m�wi �agodnie. - Wyrzu� go.
    - A co wed�ug ciebie robi�? - Przewracam si� na macie z pianki gapi�c si� w sufit. - M�g�bym poradzi� sobie z tym b�lem i poczuciem winy, je�li ona by potrafi�a. Ale dla niej to jeszcze si� nie sko�czy�o. Ona tkwi tam uwi�ziona w czasie.
    - M�w dalej - zach�ca.
    - M�wi� przecie�. Dla niej ka�da chwila jest t�, w kt�rej po�wi�cam jej �ycie, by uratowa� w�asne. B�d� �y�, zestarzej� si� i umr�, zanim ta chwila przeminie dla niej.
    - M�w dalej. Bob. Wydu� to z siebie.
    - Ona bezustannie my�li, �e j� zdradzi�em i my�li tak w�a�nie w tym momencie! Nie mog� �y� z t� �wiadomo�ci�.
    Zapada d�uga, bardzo d�uga cisza. - Ale tak jest, wiesz o tym przecie� - stwierdza w ko�cu Sigfrid.
    - Co? - Moje my�li odbieg�y o tysi�c lat �wietlnych.
    - �yjesz z t� �wiadomo�ci�.
    - I ty nazywasz to �yciem? - drwi� siadaj�c i wycieraj�c nos w jedn� z jego niezliczonych chusteczek.
    - Reagujesz bardzo szybko na to, co m�wi� i dlatego czasem wydaje mi si�, �e swoje odpowiedzi traktujesz jako kontr�. Odparowujesz moje uwagi s�owami. Pozw�l mi wi�c cho� raz przeprowadzi� to do ko�ca... Niech to do ciebie dotrze, �e �yjesz.
    - ... Powiedzmy, �e tak jest. - To prawda. Tyle �e niewielkie to pocieszenie.
    Zapada kolejna d�uga cisza, po czym Sigfrid m�wi:
    - Wiesz, �e jestem maszyn�. Bob. Jak r�wnie� to, �e zajmuj� si� ludzkimi uczuciami. Oczywi�cie nie mog� ich odczuwa�, ale jestem w stanie je przedstawia� za pomoc� modeli, analizowa�, a nawet ocenia�. R�wnie� na tw�j u�ytek. Mog� stworzy� paradygmat, wed�ug kt�rego szacuj� uczucia. Wina? To bolesna sprawa, ale dlatego te� jest modyfikatorem zachowania. Mo�e by� czynnikiem powstrzymuj�cym ci� od dzia�a� wywo�uj�cych jej poczucie. A to bardzo cenna rzecz dla ciebie i spo�ecze�stwa. Nie mo�na jednak stosowa� tego modyfikatora, je�eli sobie tej winy nie u�wiadomisz.
    - Ale� ja j� sobie u�wiadamiam! Chryste Panie, wiesz dobrze, co czuj�!
    - Wiem - m�wi - �e dopiero dopuszczasz do siebie to uczucie. Teraz ju� je obna�y�e� i mo�e sta� si� dla ciebie u�yteczne. St�umione natomiast bole�nie ci� rani. Po to w�a�nie jestem ja, by ci pom�c wydoby� te uczucia na zewn�trz.
    - Nawet te z�e? Takie jak wina, strach, b�l, czy zazdro��?
    - To motywatory. Modyfikatory. Cechy, kt�rych ja nie posiadam, chyba �e w sensie hipotetycznym, kiedy tworz� paradygmat do ich analizy.
    Kolejna pauza. Mam do tych przerw dziwny stosunek. Zwykle Sigfrid daje mi wtedy czas, bym si� zastanowi�, lub sam wylicza jaki� skomplikowany �a�cuch argument�w przeciwko mnie. Tym razem jestem przekonany, �e w gr� nie wchodzi �adna z tych rzeczy. My�li, ale nie o mnie. - Mog� wi�c teraz odpowiedzie� na twoje pytanie - m�wi w ko�cu.
    - Jakie znowu pytanie?
    - Zapyta�e� mnie, czy mo�na nazwa� to �yciem. MOJA odpowied� brzmi: Tak. To jest dok�adnie to, co nazywam �yciem, i w moim najlepszym hipotetycznym poj�ciu bardzo ci tego zazdroszcz�.

KONIEC



Strona g��wna     Indeks